A Bit of Both...

Epizod 02 Historia przemytnika

Z historii zewnętrznych rubieży

A tatko mi mówił. Nigdy nie rób interesów z Huttami. A teraz w całej okazałości miałem tego gada na lądowisku. Nie zrozumcie mnie źle. Miałem szacunek do staruszka chociaż jego doświadczenie życiowe ograniczało się do znajomości lokalnego kosmoportu i kilku barów osady w których podawano tylko podłego wysokoprocentowego sikacza pędzonego z pędów batakortu. A ja zwyczajnie od kilku dni byłem głodny. I za dużo opcji nie miałem. Musiałem się pojawić przy statku.
Obok Hanzi Hutta tej rozległej fioletowej glisty stał równie oślizgły fioletowy Twilek. Tylko oczy miał inne. Nie złośliwe ale wredne. Takie zimne i podłe. Równie podłe i zimne jak blastery trzymane w rękach czterech towarzyszących mu Trandoshian.
Mrówki przeleciały mi po plecach.
“Witam Waszą ekscelencję” – zagadnąłem miło. – “Co mogę dla Waszej Wspaniałości zrobić?”
“Widzę, że masz nowy statek, Veir. Pojemny. Nada się. Potrzebuję byś przewiózł dla mnie… eee… kilku kolonistów.”
Kolonistów? Jaja se ze mnie robi?
Ale… – i to było ostatnie moje słowo sprzeciwu. Nie wiem kto wymyślił bicz neuronowy, ale powinni faceta wykończyć zanim się narodził. Usłyszałem tylko lekki świst, potem mi pociemniało od bólu. Tłukli mnie przez dobrą chwilę, no a potem się zgodziłem. Zanim odpłynąłem w ciemność widziałem jeszcze przez mgłę oczy tatka jak kiwa smutno głową.
No i miałem swoją niezależność. Miałem robić za przemytnika najbardziej podłego towaru i to w dodatku w asyście przyzwoitek.
Nigdy nie rób interesów z Huttem. Chyba że go potem wykończysz. Ale to nie takie łatwe.


Guripi Tuss był człowiekiem Hanzi Hutta. Nigdy nie przypuszczałem że na pokładzie będę miał tak obrzydliwego typa. Wypranego z uczuć i moralności. Był chudy, dziobaty, permanentnie opowiadał obleśne dowcipy i panoszył się na moim statku. Zawsze w asyście ochroniarza.
Wystartowałem gdy tylko ich wprowadzili. Tuss wraz z pozostałymi pozostał w ładowni. Miał swoją chwilę. Segregował i wybierał ładniejsze “okazy” – jak je nazywał.
Teraz czekała mnie robota. Wiecie co było najgorsze. Że Imperialni mnie przepuścili jak tylko Tuss podał jakiś kod. Takie buty. Hutt miał układ z Imperium.
Przeleciałem do boi nawigacyjnej przy trzeciej planecie Radamy po czym wprowadziłem parametry do skoku. Przez moment miałem na trawersie patrol Tie’ów. Eskorta.
Koordynaty miałem przygotowane od wczoraj wieczora, gdy podjęliśmy decyzję zamknięci w kajucie. “Jesteś pewny?” – cicho zapytał Orri. Byliśmy sami w kokpicie. Właśnie przekonfigurował systemy statku.
“Dobrze wiesz, że to jedyne wyjście”
“Wiem” westchnął. “Ale to podróż w jedną stronę.”
“Przecież wiesz jakby się to dla nas skończyło”
Nie powiedział nic więcej. A potem skoczyłem. Odpiąłem zmęczonym ruchem pasy i wstałem. Poruszyłem wolno ramionami. Miałem mięśnie napięte jak na egzaminie. Ten skok miał być bardzo krótki.
“Powiedz kiedy?”
“Zaczynaj.”
Przełączył kilka przycisków. I blokada drzwi od kokpitu puściła. Ze schowka przy fotelu pilota wyjąłem kilka okrągłych przedmiotów.


Wszedłem do ładowni, gdy zabawa trwała w najlepsze.
W kącie w klatkach ściśnięci niemiłosiernie stało kilkunastu niewolników. Jakaś Devlikanka z dzieckiem patrzyła się na mnie przerażonym wzrokiem.
Ludzie Tussa stali wokół prowizorycznej leżanki i rechocząc trzymali jakąś dziewczynę za ręce. Tuss z opuszczonymi spodniami nachylał się właśnie nad nią, gdy mnie zobaczył. Otworzył oczy ze zdumienia i..
Poturlałem kondensatory prosto pod nich. Rozległ się huk. Wyszliśmy z nadprzestrzeni prosto w mgławicę jonową
Światło zgasło a wzmocniony przez różnicę potencjałów eksplodujący kondensator rozświetlił na moment wnętrze. Oberwałem mocno. Ale nie straciłem przytomności. Nie to co oni. Ale o to chodziło.
Po chwili było po wszystkim. Ze statkiem niemal też.


Śluza powietrzna była … przepełniona. Leżeli tam wszyscy włącznie z Tussem.
Patrzyłem przez wizjer dźwiękoszczelnej śluzy jak wrzeszczy do mnie. Oczy nabiegły mu krwią a z ust pryskała ślina. Niestety elektrykę szlak trafił i komunikacji ze śluzą nie było. A chciałem przez chwilę posłuchać jego krzyków. Cóż. Nie można mieć wszystkiego. Przekręciłem tłok hydrauliki i po chwili wywiało ich w pustkę.


Opadłem na fotel. Lecieliśmy od dwóch dni w kierunku niewielkiego księżyca jeżeli w miarę kontrolowany dryf można nazwać lotem. Liczyłem na swój łut szczęścia. Nie zawiodłem się. Po dwóch dniach przejęła nas korweta Palinssów.
Mogło być tylko gorzej. Ale jedno było pewne. Nienawidzili i Imperium i Huttów.
Problem w tym, że w tym układzie sporo sobie wcześniej nagrabiłem….

CDN.

Comments

Rosomak BringMeThatHorizon

I'm sorry, but we no longer support this web browser. Please upgrade your browser or install Chrome or Firefox to enjoy the full functionality of this site.